ojcu śmierdzi i nie lubi sierści. więc chce go zabić.
albo ja się go pozbędę, albo on go odstrzeli. dosłownie.
bo ma pozwolenie na broń i myśli, że wszystko mu wolno.
chyba powoli zaczynam go nienawidzić.
wie co to dla mnie oznacza, a chce go zabić. i mnie przy okazji.

całe życie marzyłam o małym, czworonożnym przyjacielu.
ma go od 10 miesięcy, od kiedy zaczął samodzielnie chodzić.
mój mały piesek.
kocham go najbardziej na świecie.

mam 2 miesiące żeby dorósł, albo go stracę.
2 miesiące, żeby znaleźć mu kochającą rodzinę, gdzie będę  mogła go odwiedzać.

zaraz rozpadnę się na kawałki.
straciłam całą chęć do życia.

czuję się dziwnie. mam wrażenie, że sypie mi się wszystko.
operacja nie wyszła, trzeba poprawiać.
i tym razem mogą być komplikacje.
rodzina się ode mnie odwraca, nie mogę prosić o pomoc.
po co im była córka, jeśli teraz mają wszystko w dupie?
nie zwracają na mnie uwagi, nie rozmawiają, nie słuchają.
według nich sama jestem sobie winna.
a ja chciałam dobrze.

nie mam już siły. nie wyrabiam.
nie umiem sobie poradzić.
mam przerażające przeczucia. i sny.
staję się agresywna. chcę pić.
chcę wyjechać i zapomnieć.
odpocząć chociaż przez dwa dni.
potrzebuję lata, gwiazd, słońca, ciepłej ziemi.
ogniska, oddechu, natury, ciszy.

przed ucieczką powstrzymuje mnie tylko mój mały zwierz.
bo wszystko może mu się stać beze mnie.
bo zwierze nie czuje przecież, więc można go bić.

trafiłam od jednego psychopaty do drugiego.
nie wiem który jest gorszy.
tamtego sama sobie wybrałam, na tego jestem skazana.

oszaleję, obiecuję.

nigdy nie byłam tak bliska poddania się.

podobno człowiek jest najsilniejszy, kiedy jest kochany.
ja uważam, że człowiek jest silny kiedy jest sam.
bo musi sobie poradzić, bez pomocy.

wszystko załatwione, podpisane, zamknięte. dopełnione ostatnie formalności, pakowanie czas zacząć.

kto by pomyślał, że będę chciała z własnej woli opuścić ten mój wymarzony Kraków? no właśnie…

opuszczam go, porzucam, już za cztery dni. będę z powrotem w domu, na wsi. z rodziną.

dusił mnie, wysysał, przyprawiał o bóle głowy i serca, szczególnie po miesiącu w domu. męczył, zatruwał, palił w oczy.

myślę o tym od sierpnia, od kiedy zostawiłam swój wymarzony dom, żeby zacząć życie z nim. o jak bardzo się cieszę, że nie wyszło! tak samo bardzo jak żałuję, że Zwierz się skończył.

i jestem zdezorientowana, zagubiona i zaszczuta myślami o powrocie i nowym/starym życiu. a tak bardzo nie mogę się doczekać.

zastanawiam się czy wpasuje się w to życie jak z ubiegłej dekady.

w ograniczenia i przeciwności. w proste życie z dnia na dzień.

dorosłość mi nie wychodzi. może znowu chcę poczuć się jak dziecko, nieodpowiedzialna, nieobecna. gdzie zawsze mogę na kogoś liczyć.

może chcę już spełnić to moje ukrywane marzenie, wyśnione dobre kilka lat temu?

może chcialabym już w końcu wiedzieć, a nie rzucać się jak dziki zwierz w klatce, czekając aż ktoś mi powie albo zbeszta? każe żyć tak jak sobie wymyślił, że według niego powinnam być inna, bo inną sobie wyobrażał.

a może szczęśliwsza jestem inna? nie taka jak do tej pory?

zobaczymy, raz się żyje. podejmowanie decyzjei nigdy nie było moją mocną stroną. ani optymizm.

powodzenia, R.

miałam nadzieję, że to nie będzie trudne. że nie aż tak.

że podczas podejmowania decyzji będę w kulminacyjnym punkcie smutku, żalu i boleści.

że nie będzie mi tego brakować, aż tak cholerie.

chciałam zabić w sobie żal zanim się obudził. już mi się to prawie udało.

miałam nadzieję na klina.

liczyłam na to, że nie zauważę straty.

że otrzymam wsparcie.

a muszę się prześliznąć najpierw w dół, pogodzić z tym, a dopiero potem budować związek. bez porównań.

szczerze i od podstaw.

chcę tego.

była sobie pewna dziewczyna, która marzyła o wielkim życiu w wielkim mieście.

no i stało się, że po kilku latach planów i marzeń owa dziewczyna – razem ze swoimi przyjaciółkami – przeprowadziła się do Krakowa, gdzie zaczęła życie iście z hollywoodzkich salonów najbogatszych gwiazd, zapominając przy okazji okazji, że nie jest ani bogata ani sławna.

znalazła tam swojego księcia. co prawda miał problem z alkoholem, narkotykami i seksem, ale zaślepiona miłością i życiem w blasku jupiterów dziewczyna nie zwracała na to kompletnie uwagi, a rzec nawet można, że podobał jej się ten „buntownik”.

i tak sielanka trwała, a dziewczyna zapominając kim jest zatracała się w swoim księciu, uzależniając się razem z nim od alkoholu, narkotyków i seksu. i od niego samego, co jest ważne w tej historii.

po prawie trzech latach i z pierścionkiem na palcu dziewczyna wróciła na wakacje do domu rodzinnego, na spokojną polską wieś. i po kilku tygodniach spędzonych tam w błogiej sielance zaczęła przypominać sobie o sobie. że przecież ona ma swój mózg i swoje Ja, przypomniała sobie, co lubi, co chce robić, kim być, a najważniejsze – kim nie być.

wróciła dziewczyna do Krakowa, a tam zastała nawalonego księcia, z koksem pod nosem, który prosił i błagał obce dziewczyny o przyjacielski seks. i wtedy dziewczyna nie wytrzymała i wywalła księcia ze swojego życia, (a pierścionek wrzuci dziś do Wisły).

uświadomiła sobie też dziewczyna, że przecież na wsi, u niej w domu, zaraz obok, od 8 lat czeka i wypatruje jej chłopak. kumpel, przyjaciel od pogowędek. zakochała się. a raczej pozwoliła dożyć uczuciu i pragnęła być szczęśliwa.

niestety los nie był przychylny, bo eksksiążę dowiedział się o szczęściu dziewczyny i postanowił zniszczyć ją i jej życie, grożąc śmiercią i wszystkim co najgorsze.

i teraz dziewczyna zmaga się z manią prześladowczą i strachem przed mrokiem, bo eks oszalał.

chyba musi (chce?) uciec z Krakowa.

segregacja

Brak komentarzy

zaczynam nowe życie.
odłożyłam pierścionek, znalazłam mieszkanie.
zostawiłam tego (kiedyś) wybranego. miał być na całe życie.
a już po niespełna trzech latach prawie zmarnował sobie i mnie życie.

teraz zacznę od nowa, bogata w nowe doświadczenia.
nienawidzę tego określenia.
ale chyba tak to właśnie będzie wyglądało.

sprzątam nasze wymarzone mieszkanie.
mieszkanie, gdzie ani przez minutę nie poczułam się jak w domu.
rozdzielam i segreguję nasze niedoszłe życie.
na dwie sterty – moją i jego.
mam pierwszy kryzys od czasu rozstania. może niepotrzebnie go dzisiaj w nocy przytuliłam.
może niepotrzebnie śpię z nim w jednym łóżku. i będę jeszcze dwa tygodnie.
muszę pamiętać, czym się stał, jak się zachowuje. że ani przez chwilę nie walczył.
zapomniałam, że na pierwszym miejscu muszę być ja.
żeby żyć i być szczęśliwą.

mam tyle myśli, że nie wiem od której zacząć.

chcę się spotkać z ‚tamtym’. o którym myślę od pięciu lat.
zawsze mnie uspokaja jego obecność.

tak czy nie

1 komentarz

czy można jednocześnie kochać dwie osoby?

o czy można kochać „kumpla” bardziej niż narzeczonego?

czy można kochać kogoś innego niż narzeczonego?

ja uważam, że tak.

wróciłam. w przenośni i w rzeczywistości.
czy potrzebowałam aż tyle czasu, żeby zrozumieć, że nie warto ukrywać siebie?
siebie ani innych, ani uczuć ani pragnień.
czemu dopiero po zaręczynach zrozumiałam, że jestem w destrukcyjnym dla siebie związku?
czemu musiało to tak daleko zajść?
teraz kogoś skrzywdzę, tak jak ja byłam krzywdzona w nieświadomości. własnej nieświadomości.
poświęciłam tyle, że zostałam kimś innym. każde marzenie.
teraz jakakolwiek decyzja będzie destrukcyjna.
dla mnie, jego lub tego poprzedniego.

bo zrobiłam coś złego, czego wcale nie żałuję.
wybuch skrywanych  (a jednak odwzajemnianych) od 5 lat uczuć, które prawie zabiłam.
prawie wpakowałam się w śmiertelną pułapkę.

a może to ja nią jestem? kto podchodzi, tego boli.
ale przecież mnie też bolało.
każda niedotrzymana obietnica.
każdy wypity litr alkoholu i kolejne „nie piję”.
każda pijacka burda.
każde zmyślne kłamstwo.
każda manipulacja.
każdy szantaż.
każdy krzyk i rzucona rzecz.
każdy raz wymierzony w tego najbezradniejszego.
każde nieodwzajemnione poświecenie.
każdy wymuszony seks.
całkowity egoizm.
każda próba podporządkowania sobie mnie.
każda groźba.

nie można tak.
nie można tego ukrywać, udawać, że agresja i alkoholizm to nic takiego.
nie można wierzyć, że on się zmieni, jeśli przez prawie 3 lata nic nie zrobił.

stay high

Brak komentarzy

jeszcze wczoraj twierdziłam, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie.
że mam wszystko, czego bym mogła chcieć i potrzebować.
a tak naprawdę stało się to, czego się bałam – znormalniałam.
i dopiero kiedy zostaję sama, w swoim dawnym, starym pokoju czuję to.
zabiłam część marzeń z obawy przed niespełnieniem.
z obawy przed strachem.
nie chcę być dwudziestoletnią  pedantyczną kurą domową.
gdzie moja wolność? gdzie brak ram?

gdzie moje Ja?

zamiast niego zostało echo wymagań, które przyjęłam jako swoje dziecko.

i męczy mnie, jak i wieczna gra.

chyba jestem szczęśliwa. w większości.
i zagubiona, całkowicie. w codzienności. wpadam w schemat, tracę życie.
może dom nie jest taki zły? 


  • RSS